W co bawiliśmy się jako niesforne dzieciaki?

Moderatorzy: Robi, biały_delfin

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
wilma
Posty: 1455
Rejestracja: 31 maja 2007, o 13:29

Post autor: wilma » 22 mar 2010, o 21:53

Elle pisze:
wilma pisze:
juka pisze:W ogóle nie znam zabawy w robienie widoczków :evil:.
Ja znam, wkładaliśmy oprócz darów natury ludziki i zwierzątka.Kiedyś podczas zabawy ja i koleżanka zapomniałyśmy o naszych zakopanych skarbach a na drugi dzień jamki były puste..
Zwierzątka??? Rozduszona biedronka sidmiokropka? :grin:
Kto rozgrzebał te jamki? :smile:
Elle,no co ty,zwykle plastikowe zwierzaczki :grin: Winowajca do dziś dnia nieznany.
http://serialkatarzyna.ovh.org/ polska strona serialu Katarzyna
http://www.catherinedemontsalvy.ch/ strona serialu w jezyku angielskim
http://orticoni.jose.neuf.fr/cariboost1/index.html francuska strona

Awatar użytkownika
Elle
Posty: 2178
Rejestracja: 7 cze 2007, o 18:15
Lokalizacja: Białystok

Post autor: Elle » 22 mar 2010, o 22:00

Wiem, wiem, że chodziło o "takie" zwierzątka. :lol:

Zyrafa
Posty: 93
Rejestracja: 5 kwie 2010, o 04:04

Post autor: Zyrafa » 17 kwie 2010, o 12:58

My przewaznie gralysmy w gume przed blokiem.

Gralo sie w "trojkata" (trzy osoby tworza trojkat, przewaznie gra w dwoch zespolach), "raz-dwa-trzy" (najprostsza gra, indywidualna) oraz w "meczynoge" (zaczepialo sie noga o gume, pozniej odkrecalo, najlatwiej tu bylo o "skuche"). Czasem wolano "skus baba skus!".

Wysokosc gumy (kostki, kolanka, uda, pas, paszki, szyja) dostosowywalo sie do wzrostu grajacego, choc niektorzy probowali to kontestowac i dostosowywac do stojacego, co bylo ewidentnie nie fair.

Aha, i najpierw skakalo sie dwiema nogami osobno, a potem razem (zabka), co bylo trudniejsze.

Robi
Moderator
Posty: 2367
Rejestracja: 23 gru 2004, o 23:10
Lokalizacja: Bełchatów

Post autor: Robi » 17 kwie 2010, o 16:05

Jesli chodzi o gre w gume to byla chyba jeszcze jakas gra w "dziesiatki"

qba83
Posty: 581
Rejestracja: 17 gru 2008, o 05:28

Post autor: qba83 » 23 kwie 2010, o 17:47

U mnie też się to nazywało sekret i jedna dziewczyna pokazała to mi. Pod kawałkiem szkła zakopane były kwiaty i liście. nawet ładnie to wyglądało.

Awatar użytkownika
Syriusz Falcon
Posty: 611
Rejestracja: 16 lut 2010, o 19:42
Kontakt:

Post autor: Syriusz Falcon » 24 kwie 2010, o 01:33

Ja pamiętam grę w nożyk . Najwiekszy klopot miałem z zaliczeniem tzw. zajączka .

Awatar użytkownika
biały_delfin
Administrator
Posty: 1949
Rejestracja: 12 lis 2006, o 22:45

Post autor: biały_delfin » 28 kwie 2010, o 18:11

Syriusz Falcon pisze:Ja pamiętam grę w nożyk . Najwiekszy klopot miałem z zaliczeniem tzw. zajączka .
to co się trafiało pomiedzy palcami ? tez to robiliśmy. komentowalismy z kumplem jak na jkiś filie jakiemuś rambo (nie pamientm jakiemu) tęka tk chodziła że jej nie było widać, aż w końcu się porządnie dziabnął
"On l'appelle OUM le Dauphin ... "
Biały Delfin UM (piosenka)
Fragment filmu

Awatar użytkownika
Syriusz Falcon
Posty: 611
Rejestracja: 16 lut 2010, o 19:42
Kontakt:

Post autor: Syriusz Falcon » 7 maja 2010, o 15:21

Wydaje mi sie że kiedyś te zabawy były dość niebezpieczne . Nożyk to wiadomo , ale też gra w chłopa gdzie rzucało sie kamykami lub poprostu zbitym szkłem . Strzelało sie z rurek plasteliną lub jarzębiną , albo spinaczami z gumki przywiazanej do kciuka i palca wskazujacego . Być może jakieś tam wypadki wybicia oka były ale nie słyszało się o tym . Strzelanie z Karbidu tez było przecież niebezpieczne .

Awatar użytkownika
Helmutt
Posty: 323
Rejestracja: 18 paź 2007, o 06:20
Lokalizacja: LUBLIN

Post autor: Helmutt » 10 maja 2010, o 12:27

U mnie osobiście pirotechnika "leżała". Jakoś tak skutecznie rodzice zaszczepili mi niechęć do wszystkiego co pali się i wybucha, że jakoś mnie to nie rajcowało... Miałem takiego kolegę co na parapecie swojego pokoju ciągle podpalał jakąś saletrę, dezodoranty etc. Parapet ten był czarny od tych wybuchów.

Chodziło się "na koleje" - szliśmy z kumplami na tory, podkładaliśmy pod jadące pociągi różne rzeczy - drobne monety, żołnierzyki, itp. Z parowozowni nie raz nas sokiści przeganiać musieli.

Lubiłem się bawić w "komunikację miejską" - wychodziłem na rower, wyznaczałem sobie trasę po laejkach osiedla, pętle, przystanki i potrafiłem tak kilka godzin jeździć w tę i z powrotem.

Awatar użytkownika
Syriusz Falcon
Posty: 611
Rejestracja: 16 lut 2010, o 19:42
Kontakt:

Post autor: Syriusz Falcon » 27 maja 2010, o 14:18

Ciekawe czy ktoś potrafił jako dziecko coś przyżądzić do jedzenia i lub do picia . Wiadomo że nie o kogel mogel mi chodzi tylko o swoje własne przepisy . Bo ja to robiłem kilka potraw ktorych dzisiaj nawet bym nie tknął . Pierwsze to wino z bławatków (z pewnością tutaj nie byłem odosobniony) ale to że polewałem wodą tzw. klej z wiśniowych drzew i obrzerałem się nim z pewnością niewielu może się tym poszczycić . Oprocz tego sałatka z chlebka , taka roślinka mająca okrągłe nasionka (niepamietam nazwy). Kanapki ze szczawiu (o tym juz czytałem na nostalgii ). No i normalny chleb umoczony w wodzie a następnie wrzucony w cukier ( to akurat była sama pycha) czasami jeszcze polewało się śmietaną ale to był już szczyt rozrzutności. Myślę że wasze menu było równie orginalne tak jak moje . A o ilu przepisach musiłbym sobie jeszcze przypomnieć ....

anna
Posty: 35
Rejestracja: 29 gru 2009, o 16:40

Post autor: anna » 27 maja 2010, o 20:05

Ja też jadłam klej z drzew a jako coś słodkiego słupki z kwiatów akacji. Robiłyśmy z koleżanką perfumy z wody, do której wrzucałyśmy kwitnącą różę. Po kilku dniach woda miała mieć różany zapach. Nasza nie miała.

Awatar użytkownika
Natuś-77
Posty: 781
Rejestracja: 21 lis 2006, o 15:50
Lokalizacja: Wroclaw

Post autor: Natuś-77 » 27 maja 2010, o 20:59

U nas na osiedlu wszyscy bez wyjątków zjadaliśmy tzw. \'pomidorki\\', były to dojrzałe owoce dzikiej róży. Z wierzchu pyszna nagrzana słońcem skórka i delikatny miąższ a w środku pestki. O nich już tez była mowa na forum. Pestki służyły do tortur :grin: Strasznie piekły w zetknięciu ze skórą, zwłaszcza wrzucone znienacka za koszulę..

Chlebek świętojański też jedliśmy. Tylko..u nas rósł wzdłuż muru przy śmietniku i był notorycznie obsikiwany przez psy. W związku z tym mało było chętnych na ten nasz osiedlowy, ale w innym wypadku owszem :)

PS: Tak na marginesie płatki róż służyły nam w zabawie w Boże ciało, rzucałyśmy je idąc wzdłuż 3 bloków :)

Awatar użytkownika
Elle
Posty: 2178
Rejestracja: 7 cze 2007, o 18:15
Lokalizacja: Białystok

Post autor: Elle » 27 maja 2010, o 22:10

Natuś-77 pisze:U nas na osiedlu wszyscy bez wyjątków zjadaliśmy tzw. \'pomidorki\\', były to dojrzałe owoce dzikiej róży. Z wierzchu pyszna nagrzana słońcem skórka i delikatny miąższ a w środku pestki. O nich już tez była mowa na forum. Pestki służyły do tortur :grin: Strasznie piekły w zetknięciu ze skórą, zwłaszcza wrzucone znienacka za koszulę..

Chlebek świętojański też jedliśmy. Tylko..u nas rósł wzdłuż muru przy śmietniku i był notorycznie obsikiwany przez psy. W związku z tym mało było chętnych na ten nasz osiedlowy, ale w innym wypadku owszem :)

PS: Tak na marginesie płatki róż służyły nam w zabawie w Boże ciało, rzucałyśmy je idąc wzdłuż 3 bloków :)
Naprawdę? :o
Szarańczynem zwany? A jak to smakuje? :lol: :lol: :lol:
W Boże Ciało, powiadasz? :grin:

Awatar użytkownika
Miss Vintage
Posty: 33
Rejestracja: 8 maja 2010, o 20:08

Post autor: Miss Vintage » 28 maja 2010, o 10:12

Też pamiętam te różane tortury. :lol:
A zimą bezlitosne nacieranie śniegiem i wrzucanie go za koszulę. Barbarzyństwo. :mad:

Awatar użytkownika
Syriusz Falcon
Posty: 611
Rejestracja: 16 lut 2010, o 19:42
Kontakt:

Post autor: Syriusz Falcon » 31 lip 2010, o 10:02

Miss Vintage pisze:Też pamiętam te różane tortury. :lol:
A zimą bezlitosne nacieranie śniegiem i wrzucanie go za koszulę. Barbarzyństwo. :mad:

Teraz za takie tortury mozna być podanym do sądu .
Nigdy nie można być pewnym , co w naszej pamięci jest ważne.

ODPOWIEDZ